Sunday, March 2, 2008

01.03.2008 - New Zealand - Cape Reinga

90 Mile Beach


Tak troche wiejsko tu. Krowy, owce, pola, laki, czasem jakis barak (dla krow badz owiec). Ale jednoczesnie zielono i pieknie.

Deszcz to nas uwielbia. Bez wzajemnosci jakkolwiek. Pada jak z rynny i to juz drugi dzien. Nie udalo nam sie wyruszyc na plywanie z delfinami. Malo tego, pojechalismy na polnoc ponad 500 km, zeby zobaczyc Cape Reinga - latarnie i miejsce, w ktorym morze Tasmanskie spotyka Pacyfik. 4 km przed celem zmylo droge i nie przepuscili nas... A teraz tkwimy na przydroznym, zapomnianym kempingu, na ktorym oprocz nas jest 1 samochod, 1 baran i 2 owce (urocze zreszta).

W drodze na wydmy...

Sprobowalem nowego sportu: sandboarding w deszczu. Naprawde szybko mozna jechac. I fajnie piasek sie w buzi zbiera...


PS Z internetu korzystamy na stacji BP :)

29.02.2008 - New Zealand - Auckland

Od wczoraj Nowa Zelandia. Zaczelismy od Auckland: miasto jak miasto, niezle jedzenie hinduskie i japonskie oraz smaczne piwko w porcie. Ogolnie chcemy stad uciec...

Dlatego tez mamy nowy samochod. Zamierzamy przejechac nim na poludniowa wyspe, az do Christchurch. Ten ostatni nas rozpiescil, wiec nowy wydaje sie maly (dla krasnoludkow) i mulowaty (wszyscy mnie biora). Ale sa tez plusy: mamy CD i sluchamy reggae. "We are Jamming!!!"

Najlepszy jest ten snowboard. Mozna bylo nawet pozyczyc lancuchy sniegowe, a ja nawet dlugich spodni nie mam... :)

Tuesday, February 26, 2008

27.02.2008 - Australia - Sydney

3700 km na liczniku. W strugach lez oddawalismy nasz samochodzik. To byla meczaca, ale bardzo milutka i pelna wrazen podroz :)

Dalej nie ma o czym pisac. Z bardziej ekscytujacych przezyc, to tost mi sie sie dzisiaj krzywo maslem orzechowym posmarowal. I kawalek jajka mi upadl na talerz! HORROR!

Sydney. Urocze miasto. Opera slaba (przereklamowana, bo w rzeczywistosci zolta jest :) ), ale "Harbour Bridge" zachwycajacy. Spokojnie, jak na stolice i w 15 minut mozna byc a plazy. Nie spieszymy sie, powoli zwiedzamy, smakujemy i ogladamy.

Troche przytlacza i meczy nas miasto. Za duzo sie dzieje, ale powoli przywykamy...

Uwielbiamy Australie za:
- "BEAUTIFULL", "No worries" i "Hi Mate"
- otwartosc Australijczykow i ich usmiech
- przyrode, czyli parki narodowe, ktorych sa tu setki, ale rowniez zwierzeta, ktore sa wszedzie: wombaty na drzewach, nietoperze, papugi, kakadu i inne dziwne drace sie zwierzatke, ktorych nazw nie znamy. Nawet lis sie na nas patrzyl na jednym parkingu...





Ja juz nie wiem, w ktora strone mam sie wyginac na zdjeciach. To jedna z moich glupszych pozycji. Nazwijmy ja: POZYCJA NR 8 - Model :)

... natomiast Sylwii to wychodzi naturalnie

Widok z dachu naszego hostelu

24.02.2008 - Australia - Hawks Nest

Nie ma o czym pisac. Bardzo milo spedzamy czas, odwiedzajac tuziny plaz. Widzielismy pare cudowych miejsc, poznalismy duzo ludzi, posmakowalismy troszki dobrego jedzenia. Spacery, bieganie po plazy, chlapanie w wodzie, czego wiecej trzeba. Bylismy w paru dosc odludnych miejscach, ktore polecali nam poznani Australijczycy. Co zresza rowniez tlumaczy opoznienia na blogu.... ;)

Byron Bay



Jakas plaza

Crescend Head. Jedno z piekniejszych miejsc, jakie widzielismy w Austalii.


Zostalem hippisem surferem :) . Drugi dzien w wodzie, pierwsza fala...!

Hawks Nest

Polubilismy ta "wolnosc", ktora daje van. Moze jak wrocimy do Polski, to sprzedam wszystko i kupie konia z wozem cyganskim. Sylwia bedzie tanczyc i spiewac, a ja bede skalal przez ognisko...

Thursday, February 21, 2008

21.02.2008 - Australia - Byron Bay

2500 km na liczniku. Pogoda byla beznadziejna, potem do dupy, ale od dwoch dni jest cudnie.

Przepiekne fale na Noosa Beach

Coolum Beach

... i poranna kawa

Samochod jest bardzo dzielny. Strasznie go polubilismy. Materac wygodniejszy, niz w wielu miejscach, ktore odwiedzilismy do tej pory. No i ten lans!

Birbie Island

Surfers Paradise

v

Byron Bay. Tutaj zatrzymamy sie na dluzej (czyli jakies DWIE noce :) )

Tuesday, February 19, 2008

19.02.2008 - Australia - Harvey Bay

WYDOSTALISMY SIE!!! Wyjechalismy z terenow zagrozonych powodzia!

Ale po kolei. Padalo juz pare ladnych dni. W piatek pobity zostal kolejny rekord w Mackay. W sobote rano droga byla calkowicie zamknieta. Ale przestalo padac, wiec postanowilismy przeczekac 24h.
Plan prawie doskonaly, tyle ze , po poludniu zaczelo znowu padac. I to okrutnie, jeszcze intensywniej niz wczesniej. Padalo tak do wieczora, cala noc i nawet rano nie przestalo. W radio slychac bylo straszne opowiesci o zalanych miastach, drogach, ewakuowanych ludziach i prognozy, ze ma byc jeszcze gorzej (znaczy padac bardziej). Sprawdzilismy na internecie - droga zamknieta. Pojechalem jeszcze na policje, zeby sprawdzic u zrodel. Jakis srednio zorientowany, ale bardzo sympatyczny policjant powiedzial mi, ze mozemy probowac przejechac zachowujac ostroznosc ("with care" - bez wzgledu na to co to dzis znaczy :) ).
Oczywiscie lalo caly czas, my cali mokrzy w kurtach przeciwdeszczowych, w samochodzie kaluze. Coz! Sprobowac nie zaszkodzi. Raz, bo juz mielismy dosc deszczu, a dwa ze, nic innego ciekawego nie mielismy do roboty.

Po 25 km dotarlismy do pierwszej przeszkody: droga zalana na odcinku 100m. Jak sie za chwileczke okazalo - pikus. Wielki czerwony znak "Droga zalana". My jedziemy dalej. Przynajmniej zobaczymy jak to wyglada i zrobimy sobie jakas fajna fotke. :)
Robi sie plasko. Wokol brazowa woda po horyzont, siegajaca poziomu drogi, w niektorych miejscach wrecz przelewajaca sie przez nia. Momentami widac bylo jak wlewa sie na droge z obu stron i probuje polaczyc. Wystajace z wody drzewa, taka powodz z tv. Do tego rzesisty deszcz i uczucie, ze jak tu utkniemy to moze nie byc drogi powrotnej. Poziom wody mogl sie zmienic tak naprawde w 5 minut. Mi to zoladek podszedl do gardla i sie scisnal. To bylo niesamowite i jednoczesnie straszne (chociaz nie bylo czasu, zeby o tym myslec). Gdy wreszcie wjechalismy na jakas gorke nie bylem pewien, ze sie udalo. Odetchnalem dopiero po jakichs 30 km.

Alez sie rozpisalem... :)

Teraz jedziemy na poludnie w poszukiwaniu slonca, blekitnego nieba i takich tam...

Uciekajac przed chmurami


Tannum Sands. Tu spedzilismy noc na parkingu

Miasto o nazwie "1770"

Agnes Water

Siedze sobie na kempigu produkujac te wypociny, a nad moja glowa przelecialo juz z 1000 ogromnych nietoperzy. Ach coz za widowisko...

Saturday, February 16, 2008

16.02.2008 - Australia - Airlie Beach

Mission Beach

Wiec tak: na liczniku mamy juz 900 km, ...



a w calym wschodnim Queensland (polowa naszej drogi) pada. I to calkiem niezle. W Mackay, do ktorego zmierzalismy, przez dwa dni spadlo wiecej deszczu, niz normalnie spada przez caly miesiac (a to pora deszczowa). Jest mnostwo podtopien, zalanych miast, no i co dla nas istotne, zalanych i zablokowanych drog. Utknelismy na druga noc w Airlie Beach, gdyz wszystkie drogi na poludnie i na polnoc sa nieprzejezdne. Jedna nawet wlasnie odbudowuja...
Jestesmy w bezpiecznym miejscu, takze info do naszych mam: PROSZE SIE NIE DENERWOWAC, ANI NIE MARTWIC!!! :) Uwazamy na siebie. Australijczycy nie za bardzo przejmuja sie tymi powodziami. W gazetach jest pelno zdjec ludzi z wielkimi rybami, ktore akurat zlowili z samochodu na zalanej drodze. I wszyscy na tych zdjeciach sa usmiechnieci.

Airlie Beach


Na wschodnim wybrzezu az do Bundaberg nie mozna wchodzic do wody ze wzgledu na zabojcze meduzy, ktorych macki moga miec 3m (box jellyfish i jeszcze pare innych). Jakby tego bylo malo w oceanie plywaja krokodyle, a po dzungli lataja golebie.

Nie mamy wiec slonca ani snorkowania, ale za to spotykamy mnostwo ludzi, zarowno Australijczykow jak i backpackersow. I spedzamy z nimi zabawne, radosne i interesujace wieczory.

I jeszcze opowiesc spotkanego Anglika. Z powodu podtopien utknal na stacji benzynowej na 24h. Policja odradzala wychodzenie z samochodu ze wzgledu na plywajace w plytkiej wodzie krokodyle, wiec caly ten czas przesiedzial w samochodzie. To sie nazywa przygoda! :)


PS Dzis widzielismy niebieskie niebo...