Thursday, April 17, 2008

17.04.2008 - Brazil - Rio de Janeiro

Po jednej nocy spedzonej w autobusie (znowu 20h), drugiej na lotnisku i w samolocie, okrutnie wymeczeni dotarlismy do Sao Paulo. Na szczescie jest tutaj niebezpiecznie, drogo i nie ma nic do obejrzenia. Schowalismy sie wiec w hoteliku i wypoczywajac nie robilismy nic. A nastepnego dnia zjedlismy po buleczce z serkiem, spakowalismy sie i wyruszylismy na podboj Rio.

Rio - cidade maravilhosa - przewspaniale miasto. Ogromne, zaloczone, zroznicowane, polozone wsrod setek wzgorz, z druga setka plaz o bialym piasku. Mieszkancy kochaja to miasto, twierdzac, ze nie ma lepszego i piekniejszego miejsca na ziemi.

Pao de Acucar. Widok na Copacabana


Centrum i downtown

Ugoscila nas Larissa. Mamy do dyspozycji ogromny apartment w dzielnicy dalekiej od turystycznych szlakow. Ale najwazniejsze, ze mamy przewodnika po tym olbrzymim, szalonym i niebezpiecznym miescie.



A dzis idziemy do klubu samby. I bedzie zespol gral! :)
Zamierzam zaprezentowac pare najlepszych POLSKICH krokow tanecznych!!!

Monday, April 14, 2008

13.04.2008 - Peru - Lima

Polubilismy juz Peru BARDZO. Niechetnie opuszczalismy Cusco. Mamy caly czas niedosyt, uczucie, ze za rogiem jest cos kolorowego, niezwyklego i pociagajacego...

Pare obserwacji luznych:
- o autobusach i podrozowaniu nimi: jest to niewatpliwie przygoda. Niby ladny z zewnatrz, taki VIP, ale opony lyse, a deska klozetowa wytarta jakby ja ktos rok papierem sciernym szorowal. Do tego chaos na dworcach i ciagla obawa, ze jak wysiadziemy nie bedzie juz naszego bagazu. Jeszcze ciekawiej bylo w drodze powrotnej do Limy, kiedy to kierowca kilkakrotnie zatrzymywal autobus, aby podokrecac kola.
- mnostow ludzi calujacych sie na ulicach. I nie chodzi tutaj o krotkie "cmok", ale przywieranie do siebie, tak jak glonojad do szyby akwarium. Pary, ktore trwaja zastygle w objeciach... godzinami.
- jest biednie, ale zaskakujaco czysto. Zadnych smieci i papierkow, przynajmniej na glownych placach i ulicach.

Lama z Machu Picchu

... i pare zdjec w Cusco:
Tico heaven


Saturday, April 12, 2008

11.04.2008 - Peru - Machu Picchu

4-godzinna podroz pociagiem z Cusco do Aguas Calientes, najbrzydszego miasta w Peru. Pociag wolno wspinajacy sie na przelecze, zjezdzajacy zygzakami do dolin. Na poczatek niezla panorama Cusco,...


... potem urocze okolicznosci przyrody.

Zaraz po przyjezdzie wpadlem na doskonaly pomysl zdobycia szczytu Putacusi. Polecano nam go ze wzgledu na niepowtarzalne widoki z Machu Picchu w roli glownej. Po dwoch godzinach wspinaczki po schodach, prawie pionowych drabinach (ja sie balem) wlizlismy (nie "wlezlismy") na szczyt, a oczom naszym ukazalo sie cos takiego:


MACHU PICCHU. To jedno z najwazniejszych miejsc, jakie mielismy odwiedzic w trakcie naszej podrozy. Oczekiwania ogromne, zdecydowanie spelnione. Zbyt turystycznie tutaj, ale gory wokol i same miasto - po prostu wspaniale.

Strasznie ciezko bylo nam opuscic to miejsce, nawet pomimo zmeczenia i zakwasow. Ja pare razy machalem reka na pozegnanie... ;)

Dalej popijamy herbatke, tak 2-3 razy dziennie. Do tego dla poprawienia nastroju "pisco sour" - lokalny alkohol z sokiem z cytryny, z ubitym na sztywno bialkiem. No i oczywiscie Inca Kole...

Aguas Calientes. Product placement

Thursday, April 10, 2008

09.04.2008 - Peru - Cusco

Santiago

Na poczatek historia dla osob o mocnych nerwach. Pozostalych prosimy o przeskoczenie do nastepnego akapitu.
[HORROR]Lot do Limy. W samolocie zgasili swiatla i ktos tak pierdzial (bo nie mozne tego inaczej nazwac), ze prawie stracilismy przytomnosc[/HORROR]

Pelna wrazen podroz z lotniska w Limie. Znowu chaos, za ktorym sie juz chyba troszke stesknilismy. Ogromne ulice, ogolny wyscig, trabienie, zajezdzanie drogi, lamanie wszelkich zasad i maczoizm. Wokol miasto o architekturze indyjsko-filipinskiej. Ale czuc Ameryke Poludniowa :) . Ludzkie twarze, kolory, zapachy, doskonala muzyka (ala Buena Vista) w naszej taksowce, tak ze az tupalismy nogami. Do tego ogromny rozswietlony bialy krzyz gorujacy nad zatoka... Jest barwnie, niebezpiecznie (ponoc), tanio i bardzo klimatycznie - nam odpowiada.

W Limie wyladowalismy w niezlej norze, takim "party place", z ogromnym barem pelnym pijanych dwudziestoparolatkow. Piekna, lecz zaniedbana hacjenda z widokiem na morze. Najlepszy byl nasz pokoj, defakto altanka zbita z desek w ogrodzie, z widokiem na bar, o zapachu domku w Wilczynie (czytaj: stechlizna).


Podroz autobusem Lima -> Cusco. 20h nonstop. Najgorsze miejsca w autobusie, na gorze i z tylu, zaraz obok toalet i smietnikow. Uroczo.

Peru urzeklo nas zmiennoscia i surowoscia krajobrazu. Gorzyste pustynie, jakimi nie pogardzili by nawet egipcjanie. Pustkowia, ktore nagle zamienily sie w strome i zielone gory.

Cusco. Katedra

Cusco przypomina mi do bolu Kazimierz Dolny. Ten sam rynek, kosciol, kamieniczki, arkady z artystami. Przytulnie i kolorowo. Na razie aklimatyzujemy sie do temperatur i wysokosci (3000 m.n.p.m). Tutaj wszyscy maja kurtki, czapki i szaliki, co przyprawia nas o dreszcze. Ale mamy juz za soba pierwsza "Inca Kola" (tutejszy wynalazek i przysmak), pierwsza "mate de coca" (herbatke z liscmi koki, lekarstwo na chorobe wysokosciowa, ma sie rozumiec) i pierwsza kukurydze mutanta z przepysznym kozim serem.

Monday, April 7, 2008

07.04.2008 - Chile - Santiago

Santiago zaskoczylo nas bardzo pozytywnie. Hostel, w ktorym mieszkamy wyglada jak nowoczesne mieszkanie. To najczystsze i najmadrzej zorganizowane miejsce, w jakim sie kiedykolwiek zatrzymywalismy. Wszystko zrobione ze smakiem i glowa. Az ciezko sie stad ruszyc.

Dzielnica, w ktorej mieszkamy, to taka Barcelona z lat 80-tych. Oprocz flag i napisow na rejstracjach nic nie wskazuje na to, ze jestesmy juz w Ameryce Poludniowej. Normalne europejskie miasto.

Nabieramy teraz sil przed dalsza podroza. Na naszej drodze jest pare "miast". Santiago mamy juz prawie za soba (7 mln). Czeka nas jeszcze Lima (8 mln), Sao Paulo (11 mln, ale aglomeracja 20 mln) i Rio de Janeiro (6 mln). A my za miastami nie przepadamy... :)

Sunday, April 6, 2008

04.04.2008 - Chile - Rapa Nui (Easter Island)

To najbardziej niesamowite miejsce w jakim kiedykolwiek bylismy. Niesamowite miejsce i fantastyczni ludzie. Zreszta zobaczcie sami...




5 dni nieustannej zabawy (patrz "fantastyczni ludzie"). Bylo ciezko, ale trzymalismy fason do konca. Na deser byla lokalna dyskoteka w stodole - jedyna tutaj zreszta - z konmi "zaparkowanymi" przed wejsciem. Mnostwo lokali w kazdym wieku (cala wyspa sie tu bawi), podskakujacy amanci w stylu polinezyjskim, starsze panie, pijani dziadkowie i zabawa prawie do wschodu slonca. CUDNIE!






Suzy i Adam

Jutro ruszamy do Ameryki Poludniowej. 16 dni, wiec tylko posmakowanie, lizniecie smietanki z wierzchu...

PS Czy w Polsce bylo cos slychac o finskim turyscie na wyspie Wielkanocnej?

Wednesday, April 2, 2008

01.04.2008 - Chile - Rapa Nui (Easter Island)

Hermoso! Bello! Lindo!!!...
Jest cos wspanialego i mistycznego w tej wyspie. Juz pierwszego dnia wybralismy sie, wspolnie ze swiezo poznanymi londynczykami, na podziwianie posagow (moai) w swietle zachodzacego slonca. To byla jedna z tych chwil, kiedy to powtarza sie "wow", "amazing", "beautiful" kilkanascie razy, usmiechajac sie do tego od ucha do ucha (jak polglowek). Czuje sie w powietrzu, ze jest to niezwykle i wyjatkowe miejsce. Posagi zachwycaja. Do tego przebiegajace stada koni... Niesamowite przezycie :) ...

Tahai


Przez caly nastepny dzien szczeki nam opadaly i nie podnosily sie z ziemi. Usmiech od ucha do ucha juz nam chyba zostanie. Odwiedzilismy pare pieknych miejsc, z ktorych trudno nam jest wybrac najwspanialsze.

Wulkan Rano Kau

Widok z Rano Raraku



Na wyspie mieszka jakies 4 tysiace ludzi. Malutka spolecznosc, zyjaca blisko natury, przemili i bardzo sympatyczni ludzie. Niczym niezwyklym jest mlody czlowiek przyjezdzajacy na dyskoteke na koniu.

Spimy w uroczym hostelu Kona Tau. Taka kolorowa hacjenda z pieknym ogrodem i mnostwem ludzi z roznych krancow swiata. Przemily gospodarz, domowa atmosfera, banany i papaje pod oknem, do tego mistrz Mijagi (Karate Kid), z ktorym zsynchronizowalem zegarki. Szalone wieczory pelne wina w towarzystwie przesmiesznych hiszpanow i wlochow (i nie tylko).

Anakena


Konie. Sa ich tutaj tysiace. Wydaje sie, ze zyja tutaj na wolnosci (moze tak jest?). Ja chyba je polubie po pobycie tutaj i sprobuje kiedys galopu... :)

Tongariki przed zachodem slonca

PS Staralem sie bardzo, zeby nie uzyc slowa "cudownie". I chyba mi sie udalo...