Monday, February 4, 2008

03.02.2008 - Australia - Perth

Australia!!! :) Jeeeeeeeeeeeeeee!
Australijczykow polubilem, jak tylko wsiedlismy do samolotu. Usmiechnieci, uprzejmi ludzie, wygladajacy na szczesliwych i zadowolonych z zycia.

Jestesmy znowu goscmi. Nasi gospodarze - Ingrid i Joe - to para potomkow emigrantow z Polski, ktorzy przybyli do Australii zaraz po II Wojnie Swiatwej. Strasznie goscinni, serdeczni i zyczliwi ludzie... Od pierwszych minut czulismy sie tutaj jak u ulubionej cioci (i wujka). Dom az tetni zyciem i przewija sie przez niego mnostwo osob. Nasi gospodarze maja siedmioro dzieci, z ktorych dwoje nadal mieszka w domu. Malo tego, oprocz nas gosci tutaj para Wlochow: Anna i Steffano.

Byly bielbaski, ogorek konserwowy, wielki garnek bigosu, ciemny chleb i mnostwa piwa. No i rozmowy do poznych godzin nocnych.


Z atrakcji wieczoru mielismy jeszcze:
- wizyte w "Bottle shop" - monopolowy, do ktorego wjezdza sie samochodem i przemily Pan przynosi skrzynke piwa na tylne siedzenie (nie wystawia sie nawet kciuka z samochodu)
- "magnetic hill" - miejsce, w ktorym samochod zostawiony na luzie podjezdza jakies 70-100 m. pod gore. Sam!

02.02.2008 - Singapore - Singapore

Jako, ze jestesmy dopiero poczatkujacymi hippisami, pozwolilismy sobie na odrobine luksusu. Wybralismy jeden z najlepszych hoteli w Singapurze - Pan Pacific - w koncu jest to nasz miesiac miodowy! :)
Dostalismy pokoj, w ktorym poczulismy sie jak w domu (tak naprawde to poczulismy sie jak krolewicz i krolewna). Mamy kapcie, szlafrok, czajnik i ZELAZKO (ktore tylko obejrzelismy, ale uzywac nie mamy zamiaru). To straszne, ale naprawde szkoda bylo nam wychodzic z tego pokoju... :)


Singapur - zachwycajacy! Sylwia stwierdzila, po jednym dniu, ze moze tu zamieszkac, a to juz o czyms swiadczy. Tylko jeden dzien, troche zwariowany...
- Little India na poczatek (o dziwo!). Pyszne jedzenie w hinduskiej restauracji z czystym kiblem (!).




- Wyspa Santosa. Podroz kolejka linowa i wjazd na wieze widokowa. Niestety towarzyszyla nam nedzna pogoda i deszcz...
- Strerylnie czyste, wspaniale zorganizowane metro. Wyglada wrecz jak sala operacyjna.
- Butelka czerwonego chilijskiego (czylijskiego?) wina w pokoju hotelowym, z jednoczesna obserwujca miasta po zmroku. Nie oszczedzaja tutaj na pradzie, o nie.
- Marina Bay. Dzielnica, w ktorej jest nasz hotel, nowoczesna, pelna wiezowcow, dziwnych budowli, ulic we wszystkie strony i na roznych poziomach oraz czego tam jeszcze. Taki hi-tech, science fiction, prawie star trek. Na zewnatrz wyglada jak dzielnica finansowa, ale pod ziemia i w budynkach, az klebi sie od ludzi. Mnostwo ogromnych centrow handlowych, polaczonych pajeczyna korytarzy i przejsc. Malo kto chodzi po chodnikach na zewnatrz. Jedzenie i zakupy - to dwie pasje Singapurczykow, ktore realizuja z pelnym zaangazowaniem...

- Spacer po Singapurze noca



Jest wiele takich malych smaczkow, ktore powoduja, ze Singapur zachwyca:
- wszystko jest wspaniale oznakowane (lepiej niz w Monachium!)
- cukierek przy odprawie celnej i emigracyjnej
- darmowy internet na lotnisku
- ...

Friday, February 1, 2008

31.01.2008 - Indonesia - Bali - Ubud

Siedem nocy na Gili minelo nam szybciej niz moglibysmy przypuszczac. Cudowne snurkowanie: Sylwia za drugim razem widziala naraz zolwia i rekina. Poza tym nic madrego do roboty przez te wszystkie dni. No moze wyspe nam sie udalo obejsc trzy razy...


Lodeczka, na piechote, autobusem (najwolniejszy autobus ever!), wieksza lodeczka i znowu autobusem - i jestesmy w Ubud (ubud dubu, ubud dubu...). Taki Kazimierz Dolny na Bali. Artysci, galerie, pokazy tanca, tarasy ryzowe. Spokojnie, nudnawo i bez emocji.
Przywital nas tropikalny deszcz i potoki wody na ulicach. Ale:
- mamy pokoik za 10$, w ktorym po raz pierwszy od trzech miesiacy miesiacy wykapalem sie w wannie! W cieplej wodzie! HA!
- bylismy w knajpie "Deli Cat". A jedlismy: talerz serow (cheddar, brie, gorgonzola), szynke parmenska z arbuzem, kielbaski owcze z salatka ziemniaczana i trzema musztardami oraz ogromny polmisek salatki na bazie salaty lodowej, polanej delikatnym vinegrete. Same delikatesy. I to wszystko w kraju, w ktorym trudno znalezc mleko do porannej kawy :) .

Nowosc: polubilismy Indonezje, a wlasciwie to Bali i wszystko co jest na wschod i polnoc (prosciej byloby napisac: Java jest slaba). Ludzie bardzo zyczliwi (zwlaszcza po wioskach), ladnie sie usmiechajacy i caly czas cos dekorujacy (albo sprzatajacy...). Nawet tak smutno nam stad wyjezdzac...

Ubud. Tarasy przy naszym hotelu...



Aaaaaaaaa... Lazily mi malpy po glowie. I bawily sie moim drogocennym lancuszkiem. Strasznie mile, cieple i spokojne malpy tak w ogole... (na szczescie nie ssaly moich sutkow, tak jak jednemu turyscie).

Monkey Forest




Kecak dance

Monday, January 28, 2008

28.01.2008 - Indonesia - Lombok - Gili Meno

Plaza, jedzenie (wczoraj to nawet nie moglismy usnac, tak sie najedlismy), spanie, plywanie w masce... i tak w kolko. Robimy sobie jeszcze "gili gili gili", a potem "hi hi ho ho", jak wszyscy zreszta na tej wyspie. Sylwia oprotestowala zmiane wyspy i nie chce sie stad ruszac, bo mamy na osrodku trzy koty (z tego dwa malutkie i mialczace). :).






PS Strasznie powolny mamy tu internet. Nie udalo nam sie wstawic nawet wszystkich zdjec... :(

Thursday, January 24, 2008

24.01.2004 - Indonesia - Lombok - Gili Meno

Znalezlismy miejsce, ktore moze sie bic z Palawanem :)
Przecudna, malusienka i spokojna wyspa.

Zaraz po przybyciu, tak po 17:00. W tle widac Lombok.

Spacerek wokol wyspy...

... i turlanki na plazy.

PS Dzis minely TRZY miesiace od czasu wyjazdu z Londynu. I mam przemyslenie: jak wrocimy to kupie sobie plyte Boba Marley'a :)
PS2 Kurde, teraz z gorki bedzie...

Tuesday, January 22, 2008

22.01.2008 - Indonesia - Bali - Kuta

Juz wiemy po co jest Bali. Jest tu slonecznie (od 4 dni nie padalo!), piekna woda, egzotycznie i wiele atrakcji do zwiedzania. Mozna sie najesc dobrze w niezliczonej liczbie serwujacych kuchnie z calego swiata na bardzo wysokim poziomie i to za niewielkie pieniadze. Potem mozna sie upijac i bawic w przeroznych klubach. A w miedzy czasie wydawac pieniadze na glupoty w sklepach, ktore sa tu wszedzie. Takie idealne wakacje poniekad... :)

A u nas tak. Wynudzilismy sie troche juz na tych basenach, plazach i jedzeniach, wiec wypozyczylismy Jimmy’iego.

Byl bardzo tani i wart swojej ceny. Nie chcial jezdzic prosto, prawie nie mial hamulcow i tlukl sie niemilosiernie. Ale klima zmrazala nam krew, wiec dalismy rade… Zdobylem tym samym nowa sprawnosc: kierowca grata w ruchu lewostronnym, wsrod chmar pedzocych motorowerkow.


Plaza Ulu Watu

Tanah Lot

... oraz zachod slonca


Spotkalismy tez pare zwierzatek. Malpki:

.. i nietoperze (atrakcja dnia!). Strasznie sie popisywaly przed nami swoimi skrzydelkami. A mialy czym pomachac – rozpietosc tak ok. 80-100 cm. I byly na dotkniecie nosa.

Saturday, January 19, 2008

18.01.2008 - Indonesia - Bali - Kuta

Po trzech dniach w autobusach, minibusach i promach dotarlismy na Bali. O dziwo przywitalo nas blekitne niebo i sloneczna pogoda (w calej Indonezji pada. W koncu pora deszczowe, no i kraj tropikalny :( ).

Kuta: najbardziej turystyczna miejscowosc na Bali. Taka, do ktorej przyjezdza najwiecej zorganizowanych wycieczek. Piekna dluga, paro kilometrow plaza... Raj dla serferow. Az, nabralem ochoty, zeby sprobowac. Sylwia nawet nalega, zebym zostal serferem - fajna klata i takie tam. :) (serferzy chodza tutaj w sandalach i skarpetkach!)

Ale... w zyciu nie widzialem tak brudnej plazy. Normalnie gory smieci. Ponoc przez ostatni tydzien strasznie wialo, padalo i podtopilo cala plaze, przynoszac tony smieci. Jak sie spaceruje to tak slodko sie reklamowki owijaja wokol stop. I jeszcze jedno: nawet w przewodniku pisza, ze woda tutaj jest bardzo zanieczyszczona...

Zostajemy tutaj przez pare dni, zeby odpoczac, wykurowac sie i nabrac sil. No i pojesc troche europejskiego zarcia, bo indonezyjskie nam ani nie smakuje, ani nie sluzy...

Juz wiemy dlaczego Indonezja nas nie zachwyca. W naszych glowach stowrzylismy sobie obraz "dzikiego" kraju, ze malpy, dzungla, egzotyka, plemiona, zyrafy... A tu normalnie Europa. Drogi, budynki, samochody, ubrania - wszystko jakby europejskie i bez klimatu. Zadnych drewnianych chatek, a dzungla tylko w parkach narodowych. Jadac autobusem przez Jave (no przeciez mega-egzotyka) mialo sie wrazanie jak by to bylo jedno wielkie miasto, tak gesto zabudowane sa pobocza drog.