Nocny pociag to Yogyakarta (wymawiane dziodzia). Nic niezwyklego, no moze poza jedna humoreska. Klasa biznes. Wypilismy kole, wiec wzialem puszke oraz jakies tam smieci i spaceruje sobie w poszukiwaniu smietnika. Zagladam tu, zagladam tam, nawet do toalety. Jeden Indonezyjczyk, widzac moje niezwykle zaklopotanie chyba, zaczepil mnie i na migi pokazal, ze wezmie ode mnie te smieci. Podalem je mu grzecznie, a on je CIACH za okno! :)
Poniewaz u nas niewiele sie dzieje, no moze oprocz rozwolnienia, opowiesc kogos innego - poznanego portugalczyka. Cos o uprzejmosci Indonezyjczykow (tak kontynujac temat). Nadmienie, ze w Azji przechodzenie przez jezdnie, zwlaszcza w duzych miastach, to taki sport extremalny. Wchodzi sie pomiedzy samochody, ufajac ze ktos zwolni albo Ciebie ominie. Poznany portugalczyk (bardzo sympatyczny i dorosly) stal sobie wyczekujac dogodnej chwili, zeby przejsc i nie zginac. I wtedy podszedl do niego dziadek, chwycil za reke, przeprowadzil na druga strone, zakrzyczal "Thank you" i zniknal (portugalczyk nawet nie zdazyl mrugnac). :)
Spacer po Yoyakarta. Pochmurnie caly dzien, ale goraco jak pierun. Nawet twarz sobie spalilem na czerwono. Widzielismy:
- Palac sultana (ktory wygladal jak XVIII wieczna chatka pod Lublinem)
- Water Palace (w ktorym ten sam sultan ogladal swoj harem podczas kapieli)
- kurczaki (do jedzenia)
- panorame Yogyakarty i wulkanik